Przyznam, że nie całkiem rozumiem ekologów. Zazwyczaj nie rozumiem też anty-ekologów, którzy tych pierwszych nazywają pogardliwie ekologistami, uważają ekologię i dążenia do ochrony zwierząt, klimatu i przyrody za ideologię lewacką, czy zgoła marksistowską. Ciekawe, gdzie Marks pisał o ekologii? Ponadto sądzę, że jedni nie rozumieją drugich, a poza tym ani jedni, ani drudzy nie rozumieją tego, dokąd zmierza świat i w jaki sposób może się to przełożyć na nasz, ludzki dobrostan. Jedni i drudzy popełniają zresztą – i to ich łączy – wspólny, fundamentalny błąd: uważają, że ich poglądy, a nawet działania (przykuwanie się łańcuchami do drzew, by je bronić przed harvesterami, wybijanie dzików pod pretekstem afrykańskiego pomoru świń) cokolwiek zmienią w rozwoju świata. Moim zdaniem, jest to tak samo bezsensownie nieskuteczne, co kosmiczne przemyślenia bakterii, mieszkającej po lewej stronie języka pana Jana Nowaka. Tyle samo my wiemy o mechanizmach działania wszechświata, co owa bakteria o przyczynach przypalenia schabowego przez panią Nowakową.
Dziennikarze naukowi poważnych pism (artykuły na tematy naukowe w pismach znalazły swoją niszę ekologiczną tam, gdzie chwilowo jest puste miejsce po opisach straszliwych zbrodni kucharek, oblewających witriolem swoją chlebodawczynię z powodu beznadziejnego zakochania się w chlebodawcy) załamują ręce z powodu topnienia lodowców Grenlandii i Antarktydy, podczas gdy inni rozpaczają z powodu postępującej suszy na Saharze, która w ubiegłym miesiącu doświadczyła niespotykanej od wieków powodzi. Ale prawdziwą sensacją naukową jest odkrycie pod powierzchnią Marsa (jakieś 10-20 km pod) prawdziwego oceanu, który gdyby się wydostał na powierzchnię, pokryłby planetę lodowiskiem o głębokości jednego kilometra. Byłoby to wspaniałe miejsce treningowe dla hokeistów KS Nowy Targ, gdyby nie to, że woda, jeśli w ogóle tam jest w postaci płynnej, dowiercić się do niej nie zdołałaby nawet Geotermia Podhalańska, której świdry próbują na razie bezskutecznie dotrzeć do wody na głębokości 8 kilometrów w terenach niemal marsjańskich – w Szaflarach koło Bańskiej. Przy okazji powtórzę swoją prośbę do pana dr. inż. Piotra Długosza z Geotermii: gdyby miał jakieś wolne wiertło i moce przerobowe, to może niech spróbuje na Saharze – tam ocean słodkiej wody, wielkości mniej więcej takiej jak siedem naszych Bałtyków, leży na głębokości od kilkuset do kilku tysięcy metrów. A przydałaby się ona znacznie bardziej ludziom w Afryce niż astronautom na Marsie. Zresztą, pokazywana przed laty inwazja ziemniaków i Matta Damona na Marsa udała się (no, częściowo…) bez głębokich wierceń i bez dalszych perspektyw. Sahel przysaharyjski jest nam bliższy, bośmy wszyscy stamtąd rodem. Nie, nie wszyscy – niektórzy są z Sulęcic, gdzie potrzebne są tylko dreblinki, inni z Żoliborza, którym potrzebny jest tylko wróg.
Jednym z poziomów sporu, a może wręcz wojny ideologicznej między ekologistami a obrońcami polskich wartości jest pozycja człowieka w świecie. Ci pierwsi uważają, że człowiek jest tylko jednym ze zwierząt, może najbardziej rozwiniętym, ale nie w każdej dziedzinie najdoskonalszym. Ci drudzy się na to oburzają, bo człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, a tej szczególnej cechy nie mają psy, wiewiórki ani tym bardziej dziki, jelenie i kuropatwy, a nawet – niech mi to wolno będzie powiedzieć – kaczki. Nie mówi się jakoś konkretnie, czy każdy człowiek został stworzony na rzeczony obraz i podobieństwo, bo jednak różnimy się co nieco między sobą i czy to powiedzenie stosuje się tak samo do białego Rosjanina, skośnookiego Chińczyka, autochtona z Gór Skalistych (nie mówię o kolorze jego skóry, bo red is bad), czarniawego Maorysa i mocno opalonego Senegalczyka. Zachodzi pytanie, czy na obraz i podobieństwo Boga została też stworzona kobieta i w ogóle na ile to podobieństwo ma być szczegółowe do poziomu gonad. Z racji tej preferencji stworzycielskiej człowiek zatem nie jest zwierzęciem, przeto z tego tytułu ma prawo zabijania, konsumowania, sterylizacji i inseminacji zwierząt. A wiewiórka tego prawa nie ma. Ciekawe, na jakiej podstawie wysnuto tę zasadę – czy dlatego, że to my używamy dubeltówek i sztucerów, a przedtem maczug i włóczni, a zwierzęta nie? Czy dlatego, że wywalając Adama i Ewę na zbity pysk z raju Bóg w ramach rekompensaty dał im władztwo nad ziemią? W Księdze Rodzaju czytamy słowa Boga: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, napełniajcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebieskim, i nad wszelkimi zwierzętami, które poruszają się po ziemi. Cóż – panować to nie znaczy zabijać, prawda? Jak już wszystko pozabijamy, to nad czym będziemy panować? Interesujące, że w biblijnym opisie krótkiego pobytu rodzaju ludzkiego w Raju wszyscy są tam wegetarianami: nie ma ani słowa o konsumowaniu zwierząt, a Adam i Ewa do okrycia swoich gonad używali listków, a nie skóry lamparta.
Ostatnio kontrowersje wzbudza określenie „gatunek inwazyjny”. Podobno straszliwe spustoszenie w Polsce powoduje kilkadziesiąt nutrii, które uciekły z hodowli, nie dały się przerobić na futro i teraz obnoszą swoje pomarańczowe siekacze po ekranach telewizorów. W jednym z pseudonaukowych artykułów wyczytałem, że nutria ma pomarańczowe zęby dlatego, że je dużo warzyw, a w nich jest pomarańczowy beta-karoten. Największymi naturalnymi źródłami beta-karotenu są: marchew, brokuły, morele, melony, pomidory i szpinak. Zakładam się, że naukowiec piszący o nutriach konsumuje o wiele więcej wspomnianych produktów niż opisywana przez niego nutria, a zęby ma – jeśli ma – co najwyżej żółtawe od klubowych. Cóż wiemy o świecie, jeśli nie wiemy tego co trzeba o zębach nutrii?
Drugim modnym w mediach gatunkiem inwazyjnym, który nas atakuje zewsząd, jest nawłoć, szczególnie kanadyjska. Kiedyś ceniona za swe właściwości lecznicze i za ładne żółte kwiatki, uciekła z ogrodów i teraz na łąkach wygryza inne, rodzime rośliny.
A więc – nutrie wybić. Zęby im też wybić, umyć i przerobić na pastę do zębów z karotenem. Nawłoć wyplenić. Ministrowi Siekierskiemu z PSL zalecić, by sporządził kanon roślin i zwierząt tradycyjnie polskich, które za czasów jego młodości były akceptowane i tego się trzymać. Resztę push-back, go out i w ogóle won.
Hola, hola, nie tak prędko. A kto te nutrie przywlekł do Europy z Ameryki Południowej? Nutria sama Atlantyku nie przepłynęła, tym bardziej, że żeby zanutrzyły ziemię, potrzebne były co najmniej dwie. Kto się pierwszy zachwycił nawłociami i przywiózł je, też z Ameryki? A krowy? Wiadomo, to wina tu… przepraszam, wina tura, który dawno temu dokonał inwazji z Azji. Ale popatrzmy dalej – ostatnie zlodowacenie wytrzebiło u nas wszystko. Jak lody się stopiły (Morze Śródziemne podniosło się wtedy o 150 m!), to zwierzyna i rośliny nadciągnęły z cieplejszych stron. Na szczęście, nikt nie uznał ich za gatunki inwazyjne.
No a my, sami, homosapiensi? W Afryce zrodzeni/stworzeni w Raju, po zmianie klimatu/po skrytożerstwie jabłkowym musieliśmy iść precz i znaleźliśmy się w Azji, potem w Europie i wszędzie, jako gatunek inwazyjny. Dobrze, że nasi kuzyni neandertalczycy nas nie wybili jako intruzów, próbowali się z nami kochać, ale w efekcie to my wybiliśmy ich. Nie ma co żałować: oni też byli gatunkiem inwazyjnym jak wszystko. Przecież na początku ziemia była bezkształtna i pusta i ciemność była nad głębią, a Duch Boży unosił się nad wodami. A pierwsza inwazja była na małą skalę i odbyła się w momencie, kiedy Fizyka zakochała się w Chemii i razem stworzyły Biologię.
Więc nie ma co żałować nawłoci kanadyjskich, gdy płoną oliwki na Rodos. Wszyscyśmy intruzi i wszyscy zostaniemy wytrzebieni, niewykluczone, że przez nas samych. Ale baczność: Hannibal ante portas! Najbardziej inwazyjnym gatunkiem obecnie jest smartfon.
Maciej Pinkwart, 12 września 2024


