Biuro Oddziału Warszawskiego
Strona główna Aktualności

Pinkwart na niedzielę: Do Senegalu

Czytaj wygodniej

Jeden z naszych –  strony demokratycznej – problemów polega na tym, że jesteśmy tacy wściekle grzeczni, tacy układni, tacy mli-mli. I tak bardzo brzydzimy się najmniejszym nawet porównaniem z pazernym chamstwem narodowo-socjalistycznym, które nawet przy przepiłowywaniu płotu przed Trybunałem odmawia Litanię do Najświętszej Maryi Panny. Wiadomo – danie w ryj gangusowi ze złotym łańcuchem jest indywidualnym ryzykiem dającego, ale danie w ryj gangusowi z krzyżem wytatuowanym na tyłku zostanie rozwrzeszczane jako lewacki atak na Kościół katolicki, który, jak wiadomo, jest w Polsce tak gnębiony i niszczony, że już go prawie w ogóle nie ma, kościoły są nagminnie burzone, lekarze nie wypisują księżom recept na viagrę i mefedron, a biedne dzieci nie wiedzą, pod którą sutannę się schować.

Nie zauważyliśmy w porę momentu, w którym prawica, głośnym wrzaskiem i skandowaniem, przypisała sobie miano prawdziwych Polaków i obrońców wiary katolickiej. Nie najlepszych – jedynych. A my siedzieliśmy cicho, bo nie uważaliśmy siebie ani kogokolwiek innego za Polaka lepszego od pozostałych. Bo dobry Polak to nie taki, który głośniej nienawidzi innych niż ziomale z tej samej siłki, tylko taki, który jest uczciwy, z własnego wyboru woli Polskę niż Amerykę, Węgry czy Watykan i pracuje nad tym, żeby ta jego Polska stała się lepsza niż była wczoraj czy przedwczoraj. A co do wiary i jej wyznawania: kto chętny, niech sięgnie do Pisma i dowie się, na czym między innymi polegała różnica między tymi, którzy uważali, że trzeba kochać bliźniego jak siebie samego, a faryzeuszami, którzy obnosili się ze swoją religijnością, a postępowali, jak postępowali.

Patriotyzm polskiej prawicy, podobnie jak jej religijność, jednak był i jest fasadowy, hałaśliwy, fetyszystyczny, wykluczający i wiecznie siedzący w Okopach Świętej Trójcy. Słowem – plemienny, żeby nie powiedzieć: kibolski. Zastanawiam się, jak można pogodzić manifestacyjną wiarę w to, że cichych jest Królestwo Niebieskie, z wrzaskiem Czarnka, obelgami Bąkiewicza, szczuciem Kaczyńskiego i wszechobecnym chamstwem ich akolitów.

Nawet kiedy próbujemy obrzucić te prawicowe chamidła błotem – jak czasem zdarza się Arłukowiczowi czy Giertychowi – natychmiast nawet z naszej strony sypią się gromy: że przecież tak nie można, że to ich poetyka, nie nasza, że my się tak nie zachowujemy, bo jesteśmy kulturalni. Choć może nawet rzeczywiście innego sortu niż pan w willi na Żoliborzu, który, otoczony troskliwą opieką emerytowanych komandosów, szoferów-partnerów i chłopców-kierowców, może bezkarnie rzucać na swoich wrogów najgorsze obelgi. Ryzykuje przecież najwyżej tym, że nie mogący już tego słuchać kot sfajda mu się do kapci.

Jest nas o wiele więcej – wystarczy porównać demonstracje i manifestacje obu stron – ale przecież nie pójdziemy się z nimi bić. Po pierwsze, nie chcemy się ubrudzić, po drugie – nie będziemy się zniżać do ich poziomu. My jesteśmy praworządni, więc pozwalamy, żeby oni byli niepraworządni. Bo przecież my, jaśnie panowie doktory i intelygenty, nie przywalimy Mateckiemu czy Czarnkowi w kufę, choć aż się proszą. Wygłosimy kolejne orędzie, zrobimy ironiczny filmik na TikToku, którego i tak nie zrozumieją, będziemy nawoływać do respektowania prawa, podstawimy kolejne mikrofonowe sitko profesorowi Zollowi i powołamy się na jego słowa w dyskusji, do której i tak nie dojdzie. Bo zaangażowany patriota, gdy tylko usłyszy z naszych ust, że nie mamy takich samych poglądów jak on i Kaczyński, przywali nam krzyżem, flagą narodową albo transparentem z hasłem o Tusku z Wehrmachtu.

Dla wszystkich stacji telewizyjnych i mediów społecznościowych jest już normą, że zasadą działania polskiej prawicy politycznej i popierających ją zadymiarzy, emerytowanych solidaruchów oraz etatowych parafian jest agresywne chamstwo, całkowity brak umiejętności rozmowy i podział świata na swoich i obcych. Swoi to Kaczyński, Braun, Nawrocki, Macierewicz i ich bojówki medialne. Obcy to wszyscy pozostali: reporterzy i widzowie TVN, czytelnicy prasy i książek innych niż firmowane przez kluby „Gazety Polskiej”, Żydzi, Arabowie, Murzyni, Latynosi i Niemcy. Niemcami są zresztą wszyscy, którzy nie są nasi.

A mimo to zapraszamy ich do mediów, bo to się świetnie klika i ogląda: panowie prawacy i panie prawaczki rzygają obelgami, piętrzą piramidalne głupoty oparte na kłamstwie i podłej insynuacji, a kiedy ktoś usiłuje im to wytknąć, wrzeszczą jeszcze głośniej: Ja panu nie przerywałem! I stawiają kolejne klocki głupoty tak kosmicznej, że w końcu ich adwersarzom opadają ręce. Z poczuciem urażonej wyższości mówią wtedy: Nie, tego już nie da się słuchać. A idiotom nawet nie powiedzą, że są idiotami, bo przecież nie wypada. Zaś dziennikarze będą w kółko zadawać „mądre” pytania Kuźmiukowi, Błaszczakowi, Chorosińskiej, Kurowskiej – dla beki, uważając że to PiS ośmiesza. Nie ośmiesza: kum spod Krosna powoła się na to przy rozmowie na ławeczce pod sklepem jako na autorytet, bo to pokazali nawet we „wrogiej” telewizji.

Obawiam się, że w najbliższej przyszłości nic się w naszym – i ich – położeniu nie zmieni. Tak, wiem, wchodzę w tę dychotomię, ale nie mam wyboru: nie przejdę na stronę chamstwa, a siadanie okrakiem na barykadzie może się źle skończyć, bo to barykada z żyletek.

Oni będą zaostrzać agresję, a my albo nadal będziemy chować się do mysich nor, czekając, aż Tusk wezwie nas do kolejnego Marszu Miliona Serc – o, wtedy poczujemy się silni, zwarci i gotowi do odczuwania wspólnoty – albo wreszcie zrozumiemy, że dosyć tej grzeczności. Że chamstwa nie przekona się, cytując Senekę i Teilharda de Chardin, a nawet Lecha Kaczyńskiego. Że jeśli nadal nikt nie będzie reagował na to, iż chamstwo publicznie nazywa konkretnych ludzi, z imienia i nazwiska, zbrodniarzami, mordercami, zdrajcami, bandytami, złodziejami i agentami, a do tego wzywa do obalenia ich siłą, to albo przegramy, albo w końcu zostaniemy sprowokowani i trzeba będzie przyznać rację Korwinowi-Mikkemu, który twierdzi, że wojna domowa jest nieunikniona. No, na to wygląda. Przed wojną domową przestrzegał też Morawiecki, ale robił to tak niewiarygodnie, że nie wierzę, iż on sam wierzy w cokolwiek, co mówi. Ale gdy naprawdę jest zerowa możliwość polemiki na argumenty, koniec końców albo znajdziemy się w dwóch różnych wrogich sobie krajach, albo jak to się banalnie mówi, siłę argumentów zastąpią argumenty siły i zaczniemy walczyć o zawłaszczone terytorium. Wydawałoby się, że wojna secesyjna w środku Europy w dzisiejszych czasach to jakiś absurd. Aha… Powiedzcie to mieszkańcom Srebrenicy czy Mostaru.

Zresztą, gdyby nawet ktoś z nich kiedykolwiek dopuścił do dyskusji z przeciwnikami, nigdy nie uwierzyłby, że Kaczyński i jego ludzie kłamią w żywe oczy, opowiadając kosmiczne dyrdymały o tym, że Tusk chce odwołać Glapińskiego tylko po to, żeby ukraść jego – a właściwie ich – kilkaset ton złota i kilkaset miliardów dolarów i tyleż euro, a następnie wywieźć je Niemcom do Frankfurtu. Prezes nie sprecyzował, do którego Frankfurtu, ale podejrzewam, że nie tego am der Oder, bo tam rządzą przyjaciele pana Kaczyńskiego z AfD. A Domański podobno po to zostaje wicepremierem, żeby przemocą narzucić nam euro. Gdyby wyznawcy PiS dopuścili do zadania takiego pytania i zapytałbyś ich o źródło tej informacji, odpowiedzieliby albo: „Przecież wszyscy to wiedzą”, albo: „Przecież prezes tak powiedział”. W ich rozumieniu prezes Kaczyński jest dla nich nie tylko źródłem stanowienia prawa i oceniania ludzi, ale także jedyną krynicą prawdy.

Nie oceniam w tym momencie Kaczyńskiego, bo albo zachowuje się nieracjonalnie – pod wpływem demencji starczej (to się zdarza, choć jest ode mnie młodszy o rok), albo racjonalnie – pod wpływem imperatywu powrotu do władzy. Powiem więcej: niewykluczone, że naprawdę wierzy w to, iż jest demiurgiem, który może uratować Polskę – czyli siebie i swoich – przed zgubą, jaką niesie jej pozostawanie w kręgu krajów nowocześniejszych od Naddniestrza.

Żeby ponawalać się z panią sędzią Korwin-Piotrowską, Nawrocki zawrócił swój samolot znad Hiszpanii, kiedy był w drodze na oficjalną państwową wizytę w Senegalu. I znów przepaliliśmy mnóstwo benzyny na jego fanaberie. Może następnym razem damy mu pieniądze na benzynę tylko w jedną stronę? Choć Senegal zdaje się mógł się poczuć nieco urażony, że nawalanka prezydenta dużego kraju białego człowieka z drobną białą kobietą była ważniejsza od zapewne przygotowanego tam sparingu z bokserskim mistrzem zachodniej Afryki.

Ale to nie niedoszły Senegalczyk przerobił te bandy kretynów na własne podobieństwo. To te bandy kretynów wyejakulowały z siebie taką emanację i postawiły ją na czele tego kraju. Niestety, także mojego kraju.

I proszę mi tu nie pisać, żebym stąd wypier…, jeśli mi się nie podoba. Nie podoba mi się, ale właśnie dlatego, że nie jest mi wszystko jedno. Bo Polska jest nie tylko tam, gdzie wrzeszczą o tujach: Tuje-st Polska. Jest również tam, gdzie nie wrzeszczą i nie chcą się wstydzić, że pierwszy obywatel tego kraju przedawkował, przepchnął się siłą przez niewielką kobietę – mocny, bo wyciska 152 na klatę i na wszelki wypadek ma ze sobą ze dwudziestu osiłków oraz paru kretynów z kancelarii, a nawet chłopca snusowego – po czym, zlekceważywszy gospodarzy, posiedział kilka godzin w cudzym domu. Dotąd nie wiadomo po co, chyba po to, żeby w budynku Trybunału, który jakoby jest niezależny od każdej władzy, także prezydenckiej, zostać dominus campi. Mam nadzieję, że przynajmniej nie zanieczyścił okolicy, jak mu się to zdarzyło w czasie kampanii wyborczej. Następnie wyszedł i odjechał. Niestety, nie z powrotem do Senegalu.

Ten Senegal niepotrzebnie mi się tu plącze. Pierwszym prezydentem tego kraju był piszący po francusku poeta. Nazywał się Léopold Sédar Senghor i jako pierwszy Afrykanin został wybrany do Akademii Francuskiej. Gdybym miał wysłać wiadomo kogo na emigrację, nie na Księżyc, może lepszym kierunkiem byłoby Burkina Faso. Albo Czad, bo co jak co, ale czadu daje aż miło. To znaczy: niemiło, bo chamsko. Przepraszam Czadyjczyków.

W zaduszkowym nastroju zakończę niewesoło. Wygląda na to, że nie tylko dominują nad nami dziady, ale i sami na dziadów wychodzimy. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie… Niestety, będzie tak, jak jest. Ciemnota trzyma się mocno i nic nie wskazuje na to, że wiek Oświecenia nadejdzie do Polski w dającej się przewidzieć przyszłości.

Nie widzę też – jak sądzę – żadnych szans na desperacką próbę naprawy systemu praworządności za pomocą takich działań jak inicjatywa pani sędzi Anny Korwin-Piotrowskiej. Po pierwsze, na zwołane przez nią Zgromadzenie Ogólne Trybunału przyjdą tylko „nowi” sędziowie, więc nie będzie kworum. Albo przyjdzie również paru innych, oświadczą, że pani sędzia jest uzurpatorką, i pójdą do domu. A jeśli nawet zebranie się odbędzie, pani sędzia doprowadzi do uchwalenia budżetu Trybunału, Domański włączy go do budżetu państwa, po czym Godzilla wróci do swojego gabinetu i następnego zgromadzenia, które mogłoby pozbawić go immunitetu już nie będzie. Pani Korwin-Piotrowska, Berek, Markiewicz i reszta sędziów nieuznawanych przez efektywnie wciąż rządzący PiS wrócą na krzesełka w korytarzu, gdzie zajmą się lekturą zaległych spraw sprzed trzynastu lat – o ile Bąkiewicz z Goskiem i resztą „prawdziwych Polaków-katolików” w ogóle wpuszczą ich do Trybunału. W co wątpię.

Co robić? – że zacytuję towarzysza Uljanowa, który zadał to fundamentalne pytanie w Poroninie, gdy zabrakło mu na piwo w tamtejszej restauracji Guta-Mostowego.

Nic nie robić. Dokładnie – nic. Bojkotować to całe chamstwo, nie spotykać się z nimi, nie marnować czasu i pieniędzy na ustawy, których i tak niedoszły Senegalczyk nie podpisze, rozjechać się po Polsce i ciułać głosy tak, żeby w wyborach w 2027 roku nie tylko wygrać, ale zdobyć większość pozwalającą odrzucać kolejne weta. Nie ma co się rozdrabniać na następne „100 konkretów”, obietnice bez pokrycia i pomstowanie na Kaczyńskiego z jego przystawkami, na krypciarzy, bandę czworga i były personel sopockiego Grandu. Granda przetrwa to wszystko bez najmniejszego problemu.

Alternatywa jest prosta: albo (umowny) Tusk, demokracja i Europa, albo (umowny) Kaczyński, autorytaryzm i Moskwa. Trzeciej drogi nie ma. A jeśli jest, prowadzi do Naddniestrza. Albo do Burkina Faso.

Jeśli się nie uda, pozostaje emigracja do Senegalu. Co nie będzie łatwe, bo po wyjściu z Unii Europejskiej nasze paszporty trafią do kancelarii parafialnych, granice zostaną zamknięte, a samoloty będą latać wyłącznie z prezydentem na pokładzie, w dowolne miejsce świata, w którym będzie działać biuro turystyczne „Polska, spółka z o.o.”. A właściwie nie z ograniczoną odpowiedzialnością, tylko z nieograniczoną nieodpowiedzialnością.

Maciej Pinkwart

1 listopada 2026

BIULETYN ODDZIAŁU WARSZAWSKIEGO SDRP

Najważniejsze informacje o działalności Oddziału, wydarzeniach środowiska dziennikarskiego i nowych publikacjach na dziennikarzerp.pl.

Zapisując się, wyrażasz zgodę na otrzymywanie Biuletynu Oddziału Warszawskiego SDRP. Zgodę możesz wycofać w każdej chwili. Szczegółowe informacje znajdziesz w Polityce prywatności.

Najnowsze publikacje

Zobacz wszystkie