Oczywiście, nie ma sytuacji bez wyjścia – na moim osiedlu też jest sklep, do którego teraz nie mogą w ramach rewanżu skakać po bułeczki mieszkańcy osiedla zatujowego, ale go mniej lubię, no i zawsze mogę podjechać po piwo dookoła, samochodem. Może po prostu powinienem zrezygnować z piwa, co byłoby najlepsze. Od razy stałbym się lżejszy i bardziej sposobny do skakania w dal, wzwyż i w bok.
A koniki już nie skaczą. Wypatrywałem ich całe mijające lato, i nic. Fakt, że znacznie popsuł mi się wzrok, zjawiska tego nie tłumaczy: koniki znikły i basta. Na ścieżce, poza biegaczami, rowerzystami, nordicwalkingowcami, suwakami, popychaczami dzieci w wózkach i psami, wyprowadzającymi ludzi na spacer – maszerują co najwyżej ślimaki bezskorupkowe. Pomrów, jako ślimak zasadniczo bezdomny, a nawet seksualnie nie koniecznie dobrze zorientowany, porusza się niespiesznie, bo nie ma do czego i do kogo się spieszyć: ma zapewne głęboką wiarę w to, że nawet nie spiesząc się, dojdzie do celu. Przemierza ścieżkę spacerową od trawy do trawy, czyli przeważnie w poprzek i na tę niewielką odległość nie skacze, tylko pełznie, wyścielając sobie drogę własnym śluzem. Pokonanie ścieżki zajmuje mu godzinę albo dwie, i to przy sprzyjających okolicznościach, jeśli zagapiony czy złośliwy człowiek albo ludzkie młode nie rozdepcze go na śmierć. Psy i ptaki nie korzystają z takiego bezbronnego, pełzającego białka: widać pomrowy są niesmaczne, a może nawet trujące.
Nieobecność koników polnych próbuję sobie wytłumaczyć racjonalnie: może one tak jak cykady składają jaja, które muszą przeleżeć pod ziemią rok, dwa, może więcej, i potem, odrodzone, powrócą? O owadach wiem mało, ale przerażają mnie i fascynują zarazem: nie potrafię zrozumieć jak w tak krótkim (zazwyczaj) czasie w ich drobnych (zazwyczaj) ciałkach może zachodzić tyle przemian? Jeżeli życie owadów też liczy się od poczęcia, to najpierw mamy do czynienia z zapłodnionym jajem, którego charakter jest trudny do określenia. W każdym razie rodzi się zeń coś, co owada (ani jego poczętego jaja) zupełnie nie przypomina: gąsienica to przecież coś w rodzaju robaka, co najwyżej pierścienicy, może krocionoga. Pełza sobie jak moje pomrowy, pożera liście, nawet specjalnie nie rośnie. Któregoś dnia wydala z siebie cienką nitkę, oplata się nią szczelnie i precyzyjnie, nie używając do tego rąk, bo ich nie ma, ani innych kończyn, bo się do tego nie nadają. Siedzi w tym kokonie, a w środku dzieje się kolejna przemiana – gąsienicy w poczwarkę. Poczwarka jest prawdziwą poczwarą, choć nie robi nikomu krzywdy, bo przeważnie w ogóle się nie odżywia. Ale koniec końców wygryza się z kokonu (albo z własnej skóry, bo nie wszystkie przepoczwarzają się w kokonach) i wzlatuje ku niebu, słońcu i kwiatom jako motyl. Albo ku księżycowi, jako ćma. Albo tak sobie polatuje dla hecy, kocha się z innym owadem, składa jaja i da capo al fine.
Ale nasze koniki polne są prostsze w rozwoju: z jajeczka, które siedzi w ziemi od roku do pięciu lat, wylęga się nimfa, niestety niemająca nic wspólnego z pięknymi boginkami greckimi, bo podobna do dorosłego osobnika, tylko malutka i bez skrzydeł. Rośnie i linieje – to jest wydobywa się ze swojej starej skóry, mając pod spodem nową, większą, ciałko się gwałtownie powiększa, po czym zastyga na nim nowa powłoka, nimfa znów linieje i tak sześć razy. Po czym samiec wydobywa skrzypce i gra. No, może raczej skrzypi pocierając tylnymi nogami o pokrywy skrzydeł. Jeśli w okolicy jest jakaś obdarzona nie koniecznie absolutnym słuchem samica, podąża w kierunku dźwięku, (uwaga: teraz będzie powyżej 18 lat!), a gdy znajdzie grajka, wdrapuje się na niego, a on od spodu przykleja jej do odwłoka dwie tórbecki: w jednej jest pakiecik z nasieniem, w drugiej – coś w rodzaju suplementów diety: środek odżywczy, który samica połyka, nasienie jakoś tam kontaktuje się z jajeczkami i niebawem cykl zaczyna się od nowa.
Czyli może tak się złożyło, że w zeszłym roku wszystkie koniki polne złożyły jajeczka, po czym wyginęły zimą, a my musimy poczekać parę lat, żeby nowe wyroiły się z ziemi? A na wątpliwą pociechę zostaje nam obserwacja bezdomnych ślimaków, która stanowczo powinna być niedozwolona dla dzieci, księży, polskiej prawicy i doktora Kosiniaka-Kamysza. Bo każdy pomrów jest hermafrodytą: jest zarazem samcem i samicą. Ale mimo tego nie rezygnują z przyjemności obcowania płciowego, choć w zasadzie nie wiadomo, który kiedy jest jakiej płci. Może płeć przy obcowaniu płciowym jest równie nieistotna, jak to, że słowo „obcować” bierze swój źródłosłów od słowa określającego obcość, a oznacza bycie z kimś blisko? No więc nasze paskudniki, całe gołe od urodzenia do śmierci i oblepione śluzem jak nie powiem co kiedy, spotykają się na jakiejś gałązce albo łodyżce trawy, wieszają się na niej na pasemku śluzu i robiąc buju-buju w pozycji 69 przekazują sobie śluzowe woreczki z plemnikami. Potem każdy wpycha ów woreczek do miejsca, gdzie trzyma jajeczka i nie mówiąc adieu i nie dogadując się w kwestii alimentów odpełzają każdy/każda w swoją stronę, po czym składają jajeczka z poczętymi pomrówkami do dziurki w ziemi (albo takową znajdują, albo wykopują dołek na głębokość 2-5 cm) w liczbie od kilkudziesięciu do kilkuset. I tyle o życiu płciowym współtowarzyszy moich zdrowotnościowych spacerów.
Siedzę na ławce nad Dunajcem i usiłuję nie wejść w bliższy kontakt z mrówkami, które tu nieopodal mają chyba podziemne mrowisko. Mrówka jest, konika polnego nie ma. Nie ma nawet ani jednego pomrówka. I chcąc nie chcąc przypominam sobie bajkę, która od dawien dawna ma uczyć ludzi pracowitości, zapobiegliwości i życia z planem, a nie marnotrawienia czasu, który jest nam dany. Ezop, frygijski niewolnik z czasów Krezusa, a więc z VI w. p.n.e. przeciwstawiał sobie mrówkę, gromadzącą zapasy na zimę i konika polnego, niedbającego o jutro hulakę, żyjącego tylko tym, co niesie dzień. Przyszła zima, mrówka nie podzieliła się swoimi zapasami, konik polny został skazany na śmierć. Kiedy pierwszy raz czytałem tę bajkę, chyba w tłumaczeniu francuskiej wersji, napisanej przez Jeana de la Fontaine’a, polski przekład Władysława Noskowskiego – znienawidziłem bezduszną mrówkę i polubiłem wartogłowego konika. A potem się dowiedziałem, że i u Ezopa, i u La Fontaine’a trzpiotem nie jest konik, ale cykada. Tu się sprawy komplikują, cykada taka skoczna jak konik nie jest, a zresztą nad Dunajcem nie występuje, choć kto wie, jak się sprawy potoczą, gdy ocieplenie klimatu będzie postępować: cykady do cykania potrzebują średniej temperatury dziennej powyżej 25 stopni, no a jak dotąd tego jeszcze nie mamy.
Jedyne, co cykadę łączy z konikiem polnym to to, że jej granie jest zmyłkowe: słychać je zawsze gdzie indziej niż ona sobie siedzi na drzewie. A konik polny uciekając przez naszymi nieuważnymi krokami prawie zawsze skacze nie do przodu, nie w górę, tylko w bok. Dlatego go mile wspominam i czekam, kiedy wróci na moją ścieżkę zdrowia.
Maciej Pinkwart, 5 września 2024


