Strona głównaAktualnościBarbara, nie Basia

Barbara, nie Basia

Opublikowano

8 sierpnia 2026 r. odeszła Barbara Janiszewska, wieloletnia wiceprzewodnicząca oddziału warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. Większość swojego życia zawodowego była związana z Polską Agencją Prasową. Barbarę Janiszewską wspomina Paweł Olek:

To nie na telefon

Dzwoni telefon od Barbary.

– Co robisz po pracy? Musimy pogadać, to pilne – oznajmia Barbara tonem nieprzyjmującym sprzeciwu.

– Co się stało? – dopytuję.

– To nie na telefon i nie może czekać. Kawa na Foksal czy u Ciebie w biurze? – podsumowuje.

Innym razem dzwonię do Barbary, ale zanim się przywitam słyszę:

– Obgadywałam Cię właśnie ze znajomą Ci osobą, że obraziłeś się na mnie – wita jej głos z nutą pretensji nie wprost, że dawno nie dzwoniłem.

Sprawy „nie na telefon” były pretekstem do spotkań. Tematy? Najróżniejsze. Od drobnych plotek ze świata dziennikarskiego, samorządowego, po znajomych z redakcji, życie oddziału Stowarzyszenia, dyskusje w jakim kierunku zmierza Polska, ile zostało z etosu dziennikarza, choć w tym ostatnim trudno o spór – wiadomo, że etosu dziennikarza już nie ma.

Barbara miało być

Poznaliśmy się w 2002 roku. Pracowaliśmy razem w jednej redakcji magazynu branżowego. Takich wydawnictw było wówczas sporo. Prezentujących kulisy sławy, prestiżowe spotkania, otwarcia restauracji, rozbudowy fabryki „numer jeden w Europie”, a to wszystko polane sosem patronu politycznego jakiegoś ministra. Dla mnie to był punkt zaczepienia się w Warszawie, dla Barbary realizacja zawodowa na chwilę, po zakończeniu pracy w Polskiej Agencji Prasowej.

Złapaliśmy kontakt i dyskutowaliśmy o tzw. tematach „nie na telefon”. Szybko zaproponowała przejście „na ty”. Gdy zagalopowałem się z „proszę pani” gasiła mnie w stanowczy dla niej sposób „Barbara miało być”.

Wspólna praca w wydawnictwie trwała krótko. Barbara tam została, ja poszedłem w inne miejsce. Przez kolejne lata mieliśmy rzadszy kontakt, aż w styczniu 2011 roku spotkaliśmy się koło Empiku przy Nowym Świecie. Barbara wracała z Foksal. Zawsze miała przy sobie dwie torby, jakby właśnie wracała z zakupami z bazarku. W tej płóciennej nosiła gazety, wydruki artykułów i niezliczone ilości notatek. W płóciennej torbie miała mobilne biuro. Niechętnie cokolwiek wyrzucała, bo może będzie okazja komuś dać ostatni numer „Przeglądu” czy wydrukowany artykuł z „Polityki”. Jako pretekst do dyskusji o sprawach „nie na telefon”.

Faceci na baczność

Dzięki Barbarze trafiłem do Zarządu Transportu Miejskiego, gdzie była szefową biura prasowego. Była szefową trudną, opryskliwą, wymagającą, bezkompromisową, bez problemu ustawiała „facetów” na baczność. Mimo pracy dla samorządu, pozostała dziennikarzem.

iZTM, czyli bezpłatny biuletyn Zarządu Transportu Miejskiego funkcjonował jak klasyczna redakcja. Miał strukturę, szpigiel, układ graficzny, redagowanie tekstów, nawet podpisywanie autorów zdjęć – zasady 1 do 1, jak przy przygotowywaniu normalnej gazety. I terminy, terminy, terminy. Informacje dla mieszkańców na stronę ztm? Jak w newsroomie. Informacje o czasowych utrudnieniach w komunikacji miejskiej czy o objazdach traktowała jak kronikę policyjną w gazecie. Planowanie tematów, tytuł, lead, śródtytuły, odpowiednio wykadrowane zdjęcia otwierające artykuł. Za jej decyzją to nie pracownik biura prasowego zajmował się robieniem zdjęć „podstawową automatyczną lustrzanką Canona”. Zatrudniła zawodowego fotoreportera.

Pracuje z kim musi, wódkę pije z kimś chce

Trzeci raz nasze drogi przecięły się, gdy w 2016 roku Barbara zaprosiła mnie do Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. Z jej rekomendacji zostałem członkiem warszawskiego oddziału.

Stowarzyszenie to był jej drugi dom. Choć powtarzała wielokrotnie, że jak wychodzi z Foksal, zamyka drzwi i nie myśli o tym miejscu, to była nieprawda. Mimo spotkań z przyjaciółmi, wizytami w kinie, teatrze czy filharmonii żyła Stowarzyszeniem. A zwłaszcza jego najstarszymi i najbardziej potrzebującymi członkami.

Uczestniczyła w codziennym życiu oddziału. Była obecna niemal na wszystkich spotkaniach. Nigdy nie chciała grać „pierwszych skrzypiec” oddziału. Była od „czarnej”, codziennej roboty.

Nie kandydowała do zarządu głównego, choć wygrałaby w cuglach. Trzymała dystans, ale i tak wiedziała, jakie są tam decyzje kierunkowe podejmowane. Nie hamowała się z krytyką niektórych posunięć władz, choć potrafiła nieoczekiwanie pochwalić nawet największego adwersarza za konkretny gest.

Trzymała się twardo statutu Stowarzyszenia. Gdy jakieś działanie czy decyzja musiała być podjęta, bo tak nakazywał statut, to „szła jak czołg”. Jak choćby przy skreślaniu z listy członków oddziału tych, którzy latami nie płacili składek członkowskich. Naraziła się paru osobom, ale nie chciała utrzymywać „bizantyjskiej fikcji” mocarnego oddziału. Jednocześnie podniosła ściągalność składek do ponad 80 proc., znacząco poprawiając sytuację finansową oddziału. Nie byłoby to możliwe bez jednoznacznego wsparcia ówczesnego przewodniczącego oddziału.

Mierziły ją niemoc, układy towarzyskie i kariery niewynikające z faktycznej pracy a znajomości. Miała wysoki kodeks etyczny. Relacje koleżeńskie w Stowarzyszeniu podsumowywała stwierdzeniem „pracuję z kim muszę, wódkę piję z kim chce”. Stwierdzenie naturalnie przekorne, bo wódki nie piła w ogóle.

Jesteśmy na sznurkach

Barbara bardzo ceniła prywatność. Innych i swoją. Nie zadawała niedyskretnych pytań i sama niechętnie dzieliła się wiedzą na temat swojego życia. Nawet informacją o swoim wieku. W jakim była wieku wyszło przez przypadek, gdy w mocnym słońcu odwodniona zemdlała podczas jakiejś demonstracji. Mieliśmy już wzywać karetkę pogotowia i do tego była potrzebna ta informacja. Jak usłyszała po co nam ta wiedza, odzyskała siły, opieprzyła wszystkich wokół „za dziwne pomysły” i skwitowała „faceci to panikarze”. Po chwili zemdlała drugi raz. Szybko odzyskała siły i znów zabroniła kategorycznie wzywać pogotowie.

Przez ostatnie lata podupadła na zdrowiu. Wygrała walkę z rakiem, ale w roztargnieniu życia codziennego, biegając za różnymi sprawami, których nie zdążyła załatwić co jakiś czas łamała się, potykając się a to o wysoki krawężnik przystanku autobusowego, a to wystającą płytkę chodnikową czy jakiś wystający drut.

Nie znosiła, gdy zwracało się na nią uwagę, wyróżniało publicznie. Ale jednocześnie ceniła małe gesty, pamięć o jej imieninach, kawę przyniesioną do oddziału, pączek z marmoladą różaną do rozmów „nie na telefon” czy sam telefon bez powodu „kawa u Ciebie, u mnie, czy gdzieś na trasie”.

Rozmowy telefoniczne kończyła stwierdzeniem „jesteśmy na sznurkach”.

Barbara, jesteśmy na sznurkach.

BIULETYN ODDZIAŁU WARSZAWSKIEGO SDRP

Najważniejsze informacje o działalności Oddziału, wydarzeniach środowiska dziennikarskiego i nowych publikacjach na dziennikarzerp.pl.

Zapisując się, wyrażasz zgodę na otrzymywanie Biuletynu Oddziału Warszawskiego SDRP. Zgodę możesz wycofać w każdej chwili. Szczegółowe informacje znajdziesz w Polityce prywatności.

Współpracujemy z

Ostatnie wpisy

101 słów na piątek: Schyłek sezonu ogórkowego

Przed nami gorąca jesień. Tymczasem na pożegnanie lata sporo niespodzianek: tajemniczy lot szefa CIA...

PRZEDŁUŻAMY TERMIN ZGŁOSZEŃ DO NAGRODY IBISA!

Dziś zostaliśmy zasypani mailami z prośbami o przedłużenie terminu zgłoszeń do IV edycji Nagrody...

Z teki ekslibrisów Beaty Joanny Przedpełskiej: Bursztyn

W 2022 roku dwie instytucje: Gdański Archipelag Kultury oraz Fundacja Wspólnota Gdańska ogłosiły 11....

Profesor Bożena Frankowska nie żyje

Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wiadomość, przekazaną przez rodzinę, o śmierci Bożeny Frankowskiej, wybitnej krytyczki...

więcej

Nie żyje Barbara Janiszewska

Barbara Janiszewska urodziła się 81 lat temu, 26 maja 1945 r., zmarła 8 sierpnia...

Młodzi dziennikarze – zostały ostatnie dni na zgłoszenia!

Do 24 sierpnia 2026 roku trwa nabór do IV edycji Nagrody im. Andrzeja „Ibisa”...

101 słów na piątek: Nie(do)rozwój plus-minus

Mateusz Morawiecki odpalił antyimigracyjną racę, wabiąc swoich ewentualnych zwolenników ozdrowieńczymi pomysłami nowo utworzonej formacji...