Leszek Łożyński

    0
    2

    nekrTak brzmi opis zawodowego życia jednego z czołowych polskich  fotoreporterów. Krótki: kilka redakcji. Ale kryją się za tym setki reporterskich wojaży ;  poza Warszawą objechał całą Polskę , był  w kilkunastu krajach , nie tylko europejskich.  To były na ogół   wojaże samodzielne – w pojedynkę ale często  także z dziennikarzem – reporterem. Także w grupie dziennikarzy towarzyszących  państwowym osobistościom w zagranicznych wizytach;   również  wyjazdy na wielkie imprezy sportowe. Efektem były tysiące zrobionych zdjęć , publikowanych nie tylko we  wspomnianych powyżej pismach, także drukowane w albumach . Było zdjęcie , które do dziś jest wykorzystywane przez media : samospalenia Ryszarda Siwca  na  uroczystościach dożynkowych na Stadionie X –lecia w 1968 r. Były zdjęcia , niemal portretowe Władysława Gomułki na uroczystościach z okazji 1000 – lecia Polski. Były , także portretowe zdjęcia papieża Jana Pawła II, podczas pierwszego pobytu w Polsce . Swoje zawodowe sukcesy Leszek zawdzięczał nie tylko kwalifikacjom;  w różnej mierze pasji, można by rzec misyjnej,  szybkiej orientacji, umiejętności kojarzenia i – powiedzmy to szczerze – odrobinie szczęścia. Wyrazem uznania było kilkanaście nagród w konkursach  krajowych i międzynarodowych.

    Poznałem Leszka na początku Jego fotoreporterskiej drogi .  Przez półtora roku nasze kontakty zawodowe były ścisłe, codzienne  z powodu mojej funkcji sekretarza redakcji. Potem , prócz wspólnej pracy w redakcji,  coraz bardziej nawiązywał a się nić zażyłości. Polubiliśmy się; polubiły się nasze żony. Zażyłość przeszła w przyjaźń, także z naszym wspólnym kolegą , po wylewie,  którym Leszek opiekował się przez wiele lat.   Wspólne wypady, obowiązkowe spotkania imieninowe i urodzinowe, pobyty w Czarnym Piecu. Na Mazurach Leszek wraz z rodziną żony wyremontowali stary  budynek leśnictwa. Hania z Leszkiem spędzali tam początkowo urlopy, potem – na emeryturze, przez wiele lat – wakacje.  W Czarnym Piecu  i w okolicach Leszek mógł się oddawać kolejnej pasji : polowaniu z aparatem fotograficznym na zwierzęta i ptaki.

    Od wielu lat już do Czarnego Pieca nie jeździł. Pozostały nam spotkania warszawskie; oprócz domowych uroczystości rodzinno – przyjacielskich ,  ostatnio kawiarniane pogaduszki  we dwóch. Spotykaliśmy się co dwa, trzy tygodnie  . Leszek ostatnio  narzekał na brak sił ale ożywiał się gdy zaczynaliśmy rozmawiać o aktualnej sytuacji.  Do pasji doprowadzała go hipokryzja  „ skreślających” Polskę Ludową, bezczelna kłamliwość piewców  nowej polityki historycznej . Martwił się o przyszłość naszego kraju.

    Żegnaj!

    Andrzej Dobrzyński

    *****************************************************************

                        Znaliśmy się… na tyle długo, że obaj zapomnieliśmy, od kiedy. Nie pamiętam też, ile lat pracowaliśmy w „Sztandarze Młodych” – Leszek jako fotoreporter,  ja w dziale sportowym.

    Był bardzo dobrym kolegą. Nieczęsto fotografował sport, lecz jedną dziedziną interesował się  aktywnie. Tak się złożyło, że to była także moja pasja – obaj lubiliśmy zjeżdżać na nartach. Należeliśmy do narciarskiego klubu dziennikarzy „Kaczka” (nazwa żartobliwa, od powiedzenia „kaczka dziennikarska” czyli informacja nieprawdziwa, zmyślona w celu zainteresowania czytelnika).

    Wielokrotnie startowaliśmy w narciarskich mistrzostwach Polski dziennikarzy, z różnym powodzeniem. Jeśli mnie pamięć nie myli, to w  1965 r. w Ustrzykach Górnych Leszek okazał się najlepszym, co było sporą niespodzianką. Tak  właśnie bywa w sporcie, że określonego dnia, na tym stoku, w tak ustawionym slalomie, ktoś ma „swój dzień” i zwycięża. To spostrzeżenie w żaden sposób nie umniejsza jego sukcesu.

    Leszek był stałym bywalcem organizowanych przez nas – byłych „sztandarowców” – wielkanocnych „jajeczek” i bożonarodzeniowych  „śledzików”. W tym roku zabrakło Go w kwietniu na Wielkanoc – źle się czuł. Niestety, nie pojawi się już na żadnym naszym spotkaniu…..

    Andrzej Martynkin